
To nie fikcja, to Polska.
W Internecie kwitnie handel żywym towarem. Masa ludzi dla pieniędzy
gotowa jest oddać niemal każdą część swojego ciała. Na przykład nerkę można kupić już
za kilka tysięcy złotych.
Andrzej chce sprzedać koniecznie. Kiedy się nie odzywam przez
pół dnia, pisze maila z ponagleniem. Tłumaczy, że bez jednej
nerki może żyć, ale bez trzydziestu trzech tysięcy złotych nie. Właśnie
za tyle da się pociąć. Mieszka pod Toruniem. Zaprasza.
Ładnie urządzone mieszkanie w nowym bloku, w którym nie
widać śladów biedy. Trzy pokoje, duża kuchnia, nowoczesne
sprzęty, drogie kafle i panele. Siadamy. Andrzej stawia herbatę i
zaczyna wypytywać: czy nerka ma być dla mnie, od kiedy się dializuję,
czy mam układy w stacji dializ. Rozmawiamy swobodnie, bo dzieci są w
szkole, a żona wyjechała do Włoch. Bo w Polsce nie było dla niej pracy.
- Jesteśmy utopieni w kredytach, wiszą nad nami trzy wyroki sądowe o
spłatę długów - wyjaśnia.
Ma 38 lat, grupę krwi 0Rh+, waży 78 kilogramów, nie pali i
jest honorowym krwiodawcą. Nosi okulary, ma zniszczona cerę. Pracował
jako monter urządzeń telekomunikacyjnych, ale teraz jest na rencie z
powodu dolegliwości kręgosłupa. Drżą mu ręce.
Kawałek ciała za pieniądze
- Nie martw się. Renta jest załatwiona przez znajomą - uspokaja. - Nic
mi nie jest. A krew to mam super. Zachwala swoją nerkę, jak zachwala
się towar w sklepie. Podkreśla, że miał pracę na świeżym powietrzu.
Andrzej jest jednym z wielu, którzy za pieniądze gotowi są
oddać kawałek swojego ciała. Oferty od takich jak on
desperatów zalewają Internet („zdrowie”,
„lekarskie” albo pod hasłem
„różne” - między wózkami,
kotami, ofertami pracy i powiększaniem biustu). Ogłoszeniodawcy podają
swoje numery telefonów i adresy mailowe.
Piszą tak:
„Sprzedam swoje narządy. Takie, bez których będę
mogła dalej żyć. Zdrowa. Jagoda.”
„Piotrek. Mam 25 lat. Sprzedam nerkę. Jestem zdrowy, ale
zadłużony”.
„Sprzedam nerkę. Młodą. Pilnie. Kinga”.
„Kobieta 40 lat, zdrowa, niepaląca, niepijaca, cena do
uzgodnienia. PILNIE !!!”.
„Pilnie sprzedam nerkę dla ratowania rodziny i własnej
godności.
„Chcę sprzedać nerkę z powodów materialnych. Mam
22 lata. Nerka jest moją własnością i państwo nie ma nic do
tego”.
„Jestem zdrowy, silny. Sprzedam nerkę, szpik oraz dwa płaty
wątroby z braku środków na utrzymanie. Mam krew ABRh+, 29
lat” - pisze mężczyzna przedstawiający się jako Robert.
Dzwonię.
- Słucham... Jakie ogłoszenie? - słuchawkę podnosi ktoś; szczerze
zdziwiony. - A sprawdził pan od kiedy to ogłoszenie wisi?
- Nieaktualne? - pytam.
- Nieaktualne - odpowiada mężczyzna i wyznaje, że już jest po
wszystkim. Z zawodu jest mechanikiem. Miał kilkunastu
oferentów i sprzedał bardzo szybko. Nerkę kupiła w czerwcu
34-letnia Polka pracująca w USA. Dała 28 tysięcy i zapłaciła za
wszystkie badania. Badanie HLA - ustalenie genotypu dawcy odbyło się
legalnie w jednym z warszawskich szpitali i kosztowało ok. 1500
złotych. Operację pobrania i przeszczepienia narządu przeprowadzono w
jednej z prywatnych klinik w Niemczech. Mężczyzna mówi, że
dwa dni przed zabiegiem był poddawany ogólnym badaniom, a
potem leżał w szpitalu jeszcze przez 10 dni. Pieniądze dostał przed
wyjazdem do Niemiec, przelano je na konto.
- Przydały się. Byliśmy z żoną bez pracy. Mamy dziecko... Teraz już mam
robotę, ale nie żałuję - zapewnia.
- Dwa dni?! - nie może uwierzyć docent Zbigniew Włodarczyk, kierujący
kliniką transplantologiczną w Bydgoszczy. Pokazuje „Kartę
badań przedoperacyjnych dawcy nerki”. Jest na niej
kilkanaście pozycji. - Badania trwają kilka tygodni.
Niektóre powtarzamy kilkakrotnie. Po co? Żeby mieć
stuprocentową pewność, że nie zaszkodzimy dawcy. Jego interes jest
ważniejszy od interesu biorcy. Taka jest zasada.
Nie będę się targował!
Zbigniew Włodarczyk wyjaśnia, że niedokładnie przebadany dawca sam może
skończyć na dializach.
Celka pisze, że jest zdrową, silną kobietą lat 45 i że sprzeda nerkę
pilnie. Podaje numer komórki.
- Dałam ogłoszenie, ale potem wyszły takie historie, że to już
nieaktualne - mówi zakłopotana. Naprawdę ma na imię Gosia,
mieszka na południu Polski i pracuje w sklepie. Twierdzi, że kierowała
nią ciekawość. Teraz żałuje.
- Od razu miałam kilka konkretnych propozycji. Mężczyzna z Monachium
zgodził się na 50 tysięcy. W ogóle się nie targował -
mówi. Jest jej przykro. - Bo to wszystko zdeterminowani
ludzie dzwonią. Wchodzą w to jak w dym, zgadzają się na każdą cenę i
chwytają się tej mojej nerki, jak ostatniej szansy.
Bezdzietny kawaler z Gdańska, z zawodu elektromonter, od marca bez
powodzenia próbuje sprzedać swoją nerkę. Mówi, że
jest zdecydowany na wszystko. Jego cena to 32 tysiące złotych i ani
grosza mniej.
- Nie będę się targował. Nerka to nie jest jakiś drobiazg - stawia
jasno sprawę. Dlaczego sprzedaje? - Moja mama ciężko zachorowała na
astmę i cukrzycę - mówi. Opowiada, że miał wiele
telefonów. Kilka bardzo konkretnych, a jeden z
pogróżkami.
- Jakiś facet powiedział, że to jest karalne i że mi koło dupy zrobi -
mówi monter. W ciągu pół roku otrzymał ok. 40
ofert. Większość telefonujących chciała zbić cenę. Jeden z
oferentów proponował wyjazd do Niemiec, operacja miała się
odbyć w Hamburgu.
Ogłoszenia od kupców pojawiają się w Internecie dużo
rzadziej i są krótkie.
- Zrobimy wszystko dla ratowania syna - mówi kobieta z
województwa pomorskiego. Jest lekarzem pediatrą. Napisała:
„Szukam nerki BRh-” i podała numer telefonu. Jej
syn ma 17 lat i od urodzenia choruje na wielotorbielowatość nerek.
Został wciągnięty na krajową listę biorców, gdzie średni
czas oczekiwania wynosi rok z kawałkiem.
- Wszyscy nam mówią, że to już niedługo - dodaje kobieta i
przyznaje, że jeśli otrzyma konkretną propozycję, nie będzie się
wahała. - Sprzedamy samochód, wszystko co będzie trzeba.
Nie ustaliła jeszcze miejsca wykonania operacji, ale jest gotowa
poszukać go za granicą. Wie, że w Polsce zabieg przeszczepienia
pokątnie pozyskanej nerki to przestępstwo. - Nie chcemy męczyć syna,
ale stracić go też nie chcemy - mówi.
Polscy lekarze są zszokowani.
- Nie sądziłem, że handel narządami odbywa się u nas na taką skalę -
mówi profesor Wojciech Rowiński, krajowy konsultant ds.
transplantologii. Daje głowę, że nie ma w Polsce nielegalnych
przeszczepień. - To jest u nas niemożliwe. Choćby dlatego, że do takiej
operacji potrzebny jest zespół specjalistów.
Brudnych interesów nie robi się grupowo.
Na jednym z lokalnych portali internetowych zamieszczam ogłoszenie -
„Nerkę kupię. Tylko poważne propozycje”. Jeszcze
tego samego dnia moją skrzynkę mailową zaczyna wypełniać korespondencja
od ludzi z całej Polski.
Szymon nie wie, ile
żądać...
Spawacz z Podkarpacia, któremu „zależy na
kasie” odda nerkę za 45 tys. zł. 36-letni urzędnik ze stolicy
zrobi to za 20 tysięcy. Szymon lat 18 nie wie, ile zażądać, ale jest
„bardzo zainteresowany”. Pisze do mnie kilkakrotnie
i pyta, dlaczego się nie odzywam. Mariusz spod Białegostoku odda narząd
w zamian za opłacenie rachunku telefonicznego w wysokości 3,6 tys. zł!
Piszą i dzwonią. Kobiety, mężczyźni, młodzież. Wszyscy to samo - dla
kasy, dla pieniędzy, dla forsy, trudna sytuacja, kredyty, jedyne
wyjście. I wszyscy dodają - PILNEEEEEE!
Po kilku dniach dzwoni Andrzej, ten spod Torunia. Zrozpaczony.
- Słuchaj, musisz mi pomóc. Może masz namiary na jakiegoś
innego kupca? Pary z gęby nie puszczę. Błagam...
PS. Imiona bohaterów zostały zmienione.
Piotr Schutta, Piątek,
23 Grudnia 2005
Teskst opublikowany za
zgodą readkcji Expressu Bydgoskiego
zapraszamy do komentowania artykułu na forum