Pierwszy raz zostałem doktorem z premedytacją, wypełniając ankietę na
medycznym sympozjum w 1998 w Gdańsku. W tabeli - specjalizacja - wpisałem
"interna w trakcie". Wpisałem, bo spieszno mi było do szwedzkiego stołu, a
przejście blokował stolik firmy farmaceutycznej, która łowiła lekarzy.
Od tej pory z zadowoleniem otwierałem skrzynkę pocztową wiszącą na rodzinnym
płocie i wyciągałem listy z nagłówkiem Sz. Pan Doktor!!
Zapraszano mnie na wiele imprez, na spotkania, odczyty, sympozja itp. Czekałem
chwili, kiedy przestanę być Panem Doktorem, ale widać machina systemu naczyń
połączonych firm farmaceutycznych wspomagające się bazą danych klientów
pracowała swoim rytmem, bez zakłóceń i z zacięciem Janusza Kusocińskiego przed
Olimpiadą w Los Angeles.
Drugi raz doktorem zostałem przez przypadek. Na Dniach Dializoterapii łasy na
podarunki, wziąłem udział w konkursie Banku. Wystarczyło podać imię i nazwisko,
teleon i profesję. Ponieważ z dykcją kłopotu nie mam, tak sądzę, przecież
pracowałem długo z telefonem i nagadać się musiałem, powiedziałem wyraźnie
informatyk. Jakoś mi to nie przypomina ani nie rymuje z lekarzem.
Już tydzień później otrzymałem telefon z propozycją karty kredytowej. Pani z
Banku z wyuczoną perswazją krótko acz dobitnie starała mi się wcisnąć tę kartę.
Odmówiłem z asertywną godnością, podkreślając, że nie jestem doktorem (jak mnie
tytułowała) ale bibliotekarzem archiwizatorem. I masz babo placek, doigrałem
się. Bibliotekarz to prawie lekarz, a archiwizator prawie jak doktor.
Miesiąć później wymyśliłem sobie na zakupach, kiedy moją kartę płatniczą nie
chciał zmielić terminal, że przydałaby się jakaś zapasowa. Wyrobiłem taką i mam
dwie, jak na Polaka na rencie przystało.
Telefon obudził mnie kilka dni temu, a jeśli widzę na wyświetlaczu obcy numer,
to przedstawiam się imieniem i nazwiskiem. I co słyszę?
- Dzień dobry panie doktorze - mówi miły głos kobiecy. W mig załapałem, kto
dzwoni.
- Witam
- Mieliśmy okazję poznać się w Krakowie, wiem tez, że jest pan naszym klientem i
posiada kartę kredytową...- ćwierka pani
- Owszem, owszem - odpowiadam jak doktor Burski z filmu i myślę sobie, jaki
sprytny system mają o identyfikacji posiadaczy kart ich Banku i kojarzenie ich z
wydarzeniami. Ach, co za pamięć godna pozazdroszczenia.
Propozycja była taka. Jeśli mam 10 lat stażu po dyplomie lekarskim, mogę dostać
od nich kredyt gotówkowy. Ponieważ wymyśliłem sobie, że 10 lat już pracuję, więc
raźno powiedziałem, że mam... 15
A skoro 15 to suma opiewała na 64 tysiące, niecałe 8 % w skali roku, bez
przedstawiania zaświadczeń o zarobkach. Wystarczy tylko kserokopia dowodu
osobistego, kserokopia dyplomu ukończenia studiów, kserokopia rachunku
telefonicznego i kserokopia wpisu do ewidencji ( przy własnej działalności).
Niewiarygodne, że w dobie komputerowej grafiki, photoshopa jestem tak bliski
wyłudzenia niezłej kasy z powodu gapowatości urzędniczki bankowej.
Akcentowanie mojego wyimaginowanego tytułu doktora w rozmowie było tak częste,
że w końcu sam zacząłem wierzyć w moją medyczną profesję
W czasach, kiedy migracja lekarzy z Polski staje się rzeczywistym problemem, a
równocześnie planuje się im zakazu pracy na wielu etatach, ciekawy sposób
wymyślił bank, rozdając Kredyt dla Lekarzy. Z jednej strony jest to przywiązanie
do miejsca, a z drugiej taki aksamitny stryczek na szyję.
Umówiłem się na telefon za jakiś czas, bo sprawę muszę przemyśleć, ale chyba
zaproszę ją na portal Nieśmiertelnych, żeby przeczytała sobie tą notę.

PrO Podyskutuj na
forum
|